rajmundovania

zameczek giereczek

Moja przygoda z giereczkami rozpoczęła się w 1994 roku, kiedy to wujek pokazał mi Wolfensteina 3D odpalonego na jego nowym komputerze. Miałem wtedy niecałe pięć lat i stanowiło to dla mnie tak ogromne przeżycie, że doskonale pamiętam je do dziś. Udało mi się dojść do drugiego levelu (wujek podpowiadał mi, gdzie ukrywają się naziści, a ja byłem trochę rozczarowany, że za każdym razem gra rozmieszcza ich w tych samych miejscach), ale nie miałem szans z elitarnym żołnierzem SS ubranym w niebieski mundur. Szybka seria z jego karabinu maszynowego odesłała mnie na początek poziomu. Potem ciocia pokazała mi Kajka i Kokosza, ale to już nie było takie fascynujące.

Pierwszego własnego peceta doczekałem się dopiero pięć lat później, ale pół życia przesiadywałem u kolegów z osiedla uzbrojonych w takie maszyny, a drugie pół czytałem Secret Service, więc byłem już doskonale rozeznany w tym, co się działo. Od początku najbardziej jarały mnie FPS-y, ale szybko pokochałem też przygodówki, platformówki i erpegi. Przy Heroesach 3 po raz pierwszy usłyszałem od rodziców, że chyba trochę za dużo czasu spędzam przed monitorem, a swój życiowy rekord siedzenia non-stop przy komputerze nabiłem, grając w Eye of the Beholder II. Z kolei dzięki Diablo po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na zegarze godzinę 3 rano.

Tak zwane życie codzienne raz oddalało mnie, innym razem znów zbliżało do świata gier, jednak kolejny wielki przełom nastąpił dopiero w 2016 roku. Moja najlepsza przyjaciółka poleciła mi wówczas, żebym kupił PlayStation 4 i zagrał w Bloodborne. Do dziś uważam, że była to jedna z lepszych decyzji mojego życia: Bloodborne okazało się fantastyczne, a ja porzuciłem po latach pecety i trafiłem do ekosystemu Sony, którego uparcie trzymam się do dziś. Wreszcie mam wszystkie swoje gry, trofea, sejwy i statystyki w jednym miejscu, a na dodatek w dalszym ciągu zdecydowaną większość gier mogę kupować na płytach, co zaspokaja mój zmysł kolekcjonera.

W międzyczasie marzyło mi się oczywiście tworzenie własnych gier, więc z mniejszymi lub większymi sukcesami bawiłem się we "włamywanie" do plików gier i np. zastępowanie grafik własnymi albo robienie tzw. totalnych konwersji. Próbowałem też przygotować polskie wersje do gier, które nie doczekały się oficjalnej lokalizacji, bo zawsze lubiłem mierzyć się z tłumaczeniami. A potem odkryłem Adventure Game Studio, kultowy edytor gier przygodowych, za sprawą którego byłem w stanie od zera przygotować własną grę. Nazywała się Wieśmin: Krew Wieśniaków i stanowiła szczyt mojego gimnazjalnego humoru.

Ostatecznie jednak nie zostałem programistą ani gamedeveloperem, za to wciąż uważam się za kogoś w rodzaju historyka gier. Mam cholernie dużo szczęścia, że do dziś potrafię jarać się nimi w takim samym stopniu, jak wtedy u wujka, grając w Wolfensteina 3D, a żeby było jeszcze piękniej: jestem w stanie żyć z pisania o swojej pasji.